Niestety dość szybko dotarło do mnie, że było po co!

To co wydarzyło się po starcie chyba na długo zapamiętam. Oczywiście z Mariuszem wypaliliśmy jakby to był bieg na 10km, a nie 50km. Tuż po wybiegnięciu na główną drogę zapaliła mi się lekko żarówka: część ludzi pędziła pieszo lub rowerami w lewo, a część w prawo! Jedyny nasz plan był taki, że lecimy największą pętlę przez las zaczynając od punktu nr 47. Jak można się domyśleć mapy wylądowały w kieszeniach, a my pobiegliśmy ile sił w nogach za rowerzystami, byle by tylko nie stracić nikogo z pola widzenia. Po około 1km zauważyliśmy 2 osoby pędzące na przestrzał przez krzaki i chaszcze prosto w las. Szybkie pytanie i wiedzieliśmy, że pędzą do punktu 47. Pozostała nam jedna możliwość, lecimy za nimi. Tutaj zapaliła mi się jeszcze bardziej żarówka – przecież nie ma żadnej ścieżki, same chaszcze, konary, gałęzie, środek lasu, jak biec?? Popatrzałem na zegarek, tempo momentami poniżej 5:00, a goście przed nami napierają ile sił w nogach. Widać, że byli zorientowani w terenie, bo dość szybko dotarliśmy do naszego pierwszego punktu. Szybko też pojawili się rowerzyści, którzy pokonali ten odcinek oczywiście ścieżkami. No i niestety w tym momencie żarówka w mojej głowie świeciła już na maxa, okazało się, że Panowie za którymi podążaliśmy biegli tylko część trasy a potem przesiadali się na rowery. Rowerzyści, którzy stali chwilę przy punkcie podążali dalej już do zupełnie innych punktów niż my. Każda trasa miała swoje punkty, które nie pokrywały się do końca z naszymi.

Mówi się trudno, trzeba napierać dalej. Wyjęliśmy mapki i zaczęliśmy podążać mniej więcej w kierunku kolejnego punktu. Mariusz miał pożyczony kompas, który jednak po paru minutach wylądował w plecaku. Niestety pojęcie azymutu przerosło mnie i Mariusza. Trzeba było polegać na orientacji w terenie i podążanie palcem po mapie w celu lokalizowania się mniej więcej w lesie.

Po paru kolejnych kilometrach zauważyliśmy zawodnika, która nagle wybiegł z lasu wprost przed nami, przeciął naszą ścieżkę i wleciał jak przecinak w chaszcze i wysokie trawy. Skoro tak napierał, to pewno wie gdzie leci. Podążyliśmy za nim, dogoniliśmy go i niestety na pytanie do którego punktu biegnie otrzymaliśmy odpowiedź, której żadnej z nas się nie spodziewał. To był zawodnik biorący udział w rajdzie na innej trasie! Nie biegł do tego punktu co my. Straciliśmy sporo czasu oraz sporo drogi wracając z powrotem na właściwą trasę.

Sam bieg był bardzo fajny, pogoda idealna do biegania. Mariusz był naładowany pozytywną energią do tego stopnia, że co chwila wyrywał się w tempie około 4:30. Nie pomagało moje gadanie, żeby zwolnić, bo jeszcze mamy kilkadziesiąt km do pokonania.

Niestety jednak zerkanie na mapę wymuszało na nas zwalnianie czasem co kilkaset metrów, czasem co kilkadziesiąt metrów. Bieganie składało się z bardzo wielu zrywów, czyli zwalnialiśmy żeby sprawdzić mapę i znów tempo sporo poniżej 5:00. Niestety takie skoki tempa na dystansie sporo wyższym niż dystans maratonu nie są najlepszym rozwiązaniem.

silesia race 9 20151013 1669669638

Szukanie drugiego punktu (nr 51 na mapie) zajęło nam kilkanaście minut i pobiegliśmy dalej w kierunku kolejnego punktu (nr 7 na mapie). Ten punkt był już trudniejszy do odnalezienia. Ogólnie punkty nigdy nie znajdowały się przy ścieżkach lub łatwo dostępnych miejscach. Zawsze trzeba było szukać ich w bardzo gęstym lesie, pokonując nie raz zasieki krzaków, młodniki, bagniska (dobrze, że było sucho), rzeczki, pagórki, głębokie piaski, nasypy kolejowe (polecam bieg prawie 1km wzdłuż nasypu, gdzie nogi zapadają się w piachu). Niestety bieg w takich warunkach powoduje liczne otarcia, zranienia od ostrych patyków i kolców zwłaszcza nóg, uszkodzenia odzieży, itp. Z pewnością nie polecam biegania w krótkich spodenkach w takich warunkach. Obowiązkowo trzeba również skontrolować ciało, czy aby nie dokończył z nami podróży jakiś kleszcz.

Przy punkcie nr 7 (numeracja według mapy) spotkaliśmy dwóch uczestników naszego biegu na dystansie 50km. Panowie dość szybko jednak po wydziurkowaniu karty biegu (przy każdym punkcie wisiał na drzewie malutki dziurkacz, którym robiło się dziurki na laminowanej karcie biegu w odpowiednim miejscu) zniknęli nam z pola widzenia. Szybko z Mariuszem podjęliśmy decyzję, że gonimy ich. Po około 1 km dołączyliśmy do dwójki uczestników biegu. Co ciekawe Panowie pomimo tego, że byli w tym samym miejscu mieli pokonane 2 km niej niż my!!! Niestety nieznajomość terenu i słabe posługiwanie się mapą robiło swoje, nabiegaliśmy sporo więcej niż trzeba było. Panowie okazali się bardzo pozytywnymi osobami, ciekawie opowiadali o terenie gdzie odbywały się zawody i samym bieganiu. Jeden z Panów był uczestnikiem biegu 24 godzinnego, gdzie pokonał ponad 160km! W takim doborowym towarzystwie dotarliśmy do kolejnych punktów, tj. 6,5,4 według mapy. Po dotarciu do punktu nr 4 zaczęliśmy się powoli oddalać. Podjęliśmy decyzję, że biegniemy swoim tempem. Panowie zostali z tyłu, co jednak nie oznacza, że byli wolniejsi. Po prostu ich doświadczenie w tego typu imprezach było tak duże w porównaniu z naszym, że doskonale widzieli, że pośpiech nie jest wskazany, a liczy się znajomość terenu i umiejętność posługiwania mapą, czego nam brakowało. My liczyliśmy tylko na własne nogi i grzaliśmy ile sił do przodu. Niestety dość szybko dotarło do nas, że samodzielne pokonanie reszty trasy nie było dobrym pomysłem. Szukanie kolejnych punktów to była momentami droga przez piekło. Wielokrotnie wpakowaliśmy się w taki teren, gdzie w życiu bym normalnie nie wszedł. Nie wiem czy człowiek ogólnie tam się zapuszcza. Nerwy, przynajmniej moje puszczały kilkukrotnie. Coraz bardziej miałem wrażenie, że mapa biegu w wielu miejscach nie miała pokrycia z rzeczywistością. Brakowało wielu dróg na mapie lub wielu nie było w rzeczywistości. Momentami zastanawiałem się, czy w ogóle jesteśmy w miejscu, gdzie powinniśmy być przynajmniej według naszego rozeznania. Punkt nr 1 czyli ostatni na dużej trasie okazał się dla nas istnym koszmarem. Teoretycznie byliśmy w miejscu oznaczonym na mapie, kręciliśmy się w koło i nie potrafiliśmy zlokalizować dziurkacza. Pokonanie około 3-4 km w okolicy punktu nr 1 zajęło nam więcej czasu, niż mocne podejścia na biegach górskich. Część pokonaliśmy starym kanałem, część potwornie pofałdowanym terenem, gdzie nogi zapadały się w dziurach lub uginały w stawach skokowych jakby były z gumy. Ciężki teren oraz ponad 50km w nogach robiło swoje. To był moment, gdzie niestety musieliśmy odpuścić poszukiwania punktu. Wiemy, że nie byliśmy jedyni którzy nie odnaleźli tego punktu, ponieważ w okolicach naszego 40km spotkaliśmy zawodnika, który biegł w przeciwnym kierunku i również nie odnalazł tego punktu. Nieco zrezygnowani dotarliśmy do leśnego duktu, gdzie mogliśmy ruszyć do przodu ile sił w nogach. Na skraju lasu tuż przy drodze krajowej nr 11 na zegarku pokazał się 60km. Dobiegliśmy do Brynku, gdzie podjęliśmy decyzję o obraniu już jak najkrótszej drogi do Tworogu do bazy biegu.

Po pokonaniu około 67km dotarliśmy na metę. Panowie, których zostawiliśmy za plecami byli na mecie przed nami!!! Okazało się, że takie zawody biegnie się głową, sprytem, znajomością topografii, terenu, umiejętnością korzystania z kompasu. My nadłożyliśmy ogrom niepotrzebnych kilometrów. Nasz bieg i tak możemy uznać za wielki sukces, gdyż bez znajomości terenu oraz nie korzystaniu z kompasu odnaleźliśmy 8 z 9 punktów na dużej pętli. Najciekawsze również było to, że mapy które otrzymaliśmy były z 1975 roku – wyjaśniło się dlaczego w wielu miejscach tak wiele się nam nie zgadzało!

Te nietypowe dla nas biegaczy zawody bardzo nas zaskoczyły. Moje wyobrażenia o biegu kompletnie nie zgadzały się z rzeczywistością. Potraktowaliśmy wraz z Mariuszem te zawody jako dłuższe wybieganie. Miało być 50km, skończyło się na prawie 67km. Zabawa była przednia i końcowo uśmialiśmy się do rozpuku. Gdyby tak ktoś nas mógł oglądać z boku jak ganiamy po lesie miałby niezły ubaw.

Polecamy takie zawody każdemu, bo to naprawdę świetna zabawa. Trzeba jednak odpowiednio się do takich zawodów przygotować. Opanowanie mapy, kompasu, wiedzy jak biec na azymut i odpowiedni ubiór do lasu jest bardzo ważne. Bez tego absolutnego minimum może być bardzo ciężko, co nie oznacza że nie będzie wesoło J

Podsumowując Silesia Race to fajna impreza, godna polecenia, jednak trzeba się odpowiednio przygotować.


regulamin

logo-btm-krystyna-150px

girls team

P O L E C A M Y

 sm

wflwr