Na przełomie września i października ubiegłego roku, za namową kumpla Daniela zapisałem się na 14. PKO Cracovia Maraton. Jako, że miał to być mój debiut, wmawiałem sobie, że czasu jest od groma i zdążę się dobrze przygotować do tego startu, wykonując na spokojnie nawet dwa plany treningowe !! Nieco później, bo w listopadzie do grona debiutantów na królewskim dystansie dołączył Bartek. Było to zaraz po naszym pierwszym, wspólnym, dłuższym wybieganiu, które zaliczyliśmy na trasie Tarnowskie Góry - Lubliniec, po którym zresztą Bartek zmagał się z nieprzyjemną kontuzją. Mimo kiepskiego nastroju z powodu przymusowej pauzy padło hasło "kto jak nie my ?!" i już byliśmy obaj na liście startowej. Niestety czas płynął nieubłaganie do przodu, a my jakoś szczególnie nie przejmowaliśmy się debiutem w tej imprezie. Treningi wyglądały tak jak zawsze, w międzyczasie wystartowaliśmy w kilku zawodach na różnych dystansach. Dwie ostatnie imprezy, czyli "Perłowa Połówka" w Tychach miesiąc przed maratonem i późniejsza "Harpagańska Dycha" w Sosnowcu odbiły się na moim zdrowiu - nabawiłem się kontuzji, która wykluczyła mnie na bite trzy tygodnie z jakiejkolwiek aktywności biegowej. Bartek podobnie jak ja nie był w pełni zdrowia i tak ot to zbliżał się 19 kwiecień...  W czwartek, 16 kwietnia udaliśmy się do Krakowa odebrać pakiety startowe, żeby w niedzielę nie zaprzątać sobie tym głowy. I tak nadszedł ten dzień, dzień pełen obaw, dotarło do mnie, że na kilkanaście dni przed startem popełniłem wszystkie z możliwych błedów o których trabią tu i tam. Człowiek uczy się na błędach.. na swoich jednak najlepiej. Mimo tego droga do Krakowa przebiegła w dobrych nastrojach, atmosfera udzieliła się dopiero na parkingu, gdzie się przebieraliśmy. Ciśnienie skoczyło do góry, pocieszaliśmy się mówiąc: "co ma być, to będzie", jednak w głowie każdy z nas miał swój cichy plan, który chciał zrealizować. Droga na Rynek Główny w Krakowie przebiegła szybko, ostatnie odwiedziny TOI TOIa, wspólne foto i obranie kierunku do strefy startowej, gdyż na zegarze zbliżała się godzina 9:00.

14 pko cracovia maraton 4 20150423 1372818258

W drodze do strefy startowej

Nie znaleźliśmy jednak wejścia do strefy startowej, dlatego przeskoczyliśmy barierki i stanęliśmy w grupie 3:30-3:45. Nie obyło się bez marudzenia i chęci cofnięcia się do grupy, która miałem wydrukowną na numerze startowym, ale kopy motywacyjne Bartka zrobiły swoje. Po chwili usłyszelismy strzał startera i na trasę wyruszyli wózkarze, po chwili usłyszeliśmy odliczanie... trzy, dwa, jeden i kolejny strzał startera, tym razem to my ruszyliśmy powolutku do przodu.

14 pko cracovia maraton 8 20150423 1008518811

Kilka chwil przed startem

Przez pierwsze minuty biegu wogóle nie docierało do mnie, gdzie, co i jak, otaczający ludzie i cały ten klimat Krakowa zrobił swoje. Pierwsze kilometry przebiegały zaskakująco dobrze, a kontuzja której nawrotu tak się obawiałem nie dawała o sobie znaku. I tak leciały kolejne kilometry, doping kibiców - w tym Miechowickiej Grupy Biegowej - na trasie niósł nas do przodu, tempo cały czas oscylowało poniżej 5:00 min/km, żele przyjmowaliśmy zgodnie z planem, podobnie się nawadnialiśmy. Niestety w okolicy 17-18km natura okazała się silniejsza i musiałem odwiedzić niebieską kabinę. Bartek w tym czasie odbiegł mi na około 200 metrów, w pierwszych chwilach chciałem go gonić, ale doszedłem do wniosku, że nadrobienie tego dystansu, będzie mnie kosztowało za wiele energii, tym bardziej, że biegłem tempem o wiele szybszym od zakładanego. I tak mineła pierwsza pętla, czyli półówka, pokonałem ją z czasem 01:46:08, czyli o 30 sekund wolniej od Bartka. W tym miejscu muszę powiedzieć, że miałem obawy przed bieganiem dwóch pętli, ale jak się okazało jest to dobre rozwiązanie, przynajmniej było dla mnie. Można poznać trasę i przyjąć odpowiednią "strategię" na druga "pętelkę". Do 25km biegłem bez większych problemów, przewaga Barta nie zwiększała się, "baloniki" na 3:45 biegły spory kawał za mną, więc plan realizowany był z ogromną nawiązką. Niestety po 25km zaczęłu pojawiać mi się mroczki przed oczami, co wprowadziło we mnie nerwowy nastrój, szybkie przyjęcie żelu, który okazał się totalną mordoklejką, porządnie wybiło mnie z rytmu. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie ma szans na utrzymanie takiego tempa. Trzeba było zwolnić, ale o ile ? Postanowiłem biec tempem zbliżonym do złamania 3:45, wiedziałem że mam spory zapas i jeżeli nic złego nie wydarzy się na ostatnich kilometrach uda mi się to osiągnąć. Bartek z każdym kolejnym kilometrem "odjeżdżał" coraz dalej, co było doskonale widać na nawrotach.

14 pko cracovia maraton 18 20150423 1729128056

Bartek na trasie..

14 pko cracovia maraton 19 20150423 1102921265

..i ja na trasie

I tak oto dobiegłem do 35km, gdzie spotkałem się ze słynną ścianą, głowa chciała biec dalej, a nogi strajkowały, tempo spadło o kolejnych kilka sekund. Niewiele dalej zaczął się kiludziesięciometrowy marsz przy punkcie odżywczym, uzupełnienie płynów, kilka kostek czekolady i jazda do przodu, niestety do samego końca była to walka, walka o kolejne metry, biegu przeplatanego z marszem, tempo na ostatnich 5 km spadło o ponad minutę od tempa początkowego, wiedziałem że nie mogę się zatrzymać, bo mogę się już nie "rozkulać", mięśnie nóg paliły. Dopiero na 1,5km przed metą dostałem kopy motywacyjne od kibiców, gdzie resztkami sił zaliczałem ostatni podbieg, kilometr przed metą fantastyczni ludzie z megafonem, pomponami nakręcali wszystkich zbliżających się do mety, ostatnie przybicie piątek, ostatnie zakręty i ostatnia kilusetmetrowa prosta, na której było mnóstwo wspaniałych kibiców i kilka dmuchanych bramek, niestety na żadnej z nich nie było napisu META, na zegarku już dawno wybiło 42,20km. "Cholera czy to się kiedyś skończy ?!" Tak, jest niebieska bramka, jeszcze kilka metrów i stało się ! Ukończyłem maraton, pierwszy w życiu maraton z czasem 03:40:53 ! Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć, wspaniałe uczucie, oklaski i gratulacje kibiców, medal na szyi, dzień który będę pamiętał do końca życia. Przejście przez strefę startową chyba trwało wieki, chodzenie w tym momencie to nie lada wyczyn.. nagle z naprzeciwka "nadchodzi" Bartek - poruszaliśmy się obaj, jak roboty zabawki z wyczerpanymi bateriami - przybiliśmy "piątki", pogratulowaliśmy sobie i pokustykaliśmy do naszych. Bartek dotarł do mety 6 i pół minuty przede mną z czasem 03:34:26 !! Niestety na ostatnich 5km też napotkał ścianę i tempo jego biegu spadło o niecałą minutę, gdyby nie to zaliczyłby debiut poniżej 3:30. Nasz kumpel Daniel, który namówił nas do startu w tej imprezie wykręcił 03:13:45 łamiąc swoją życiówkę o niespełnia 15 minut.

14 pko cracovia maraton 21 20150423 1288529013

Świeżo "upieczeni" maratończycy !

Niedaleko Rynku wstąpiliśmy do "Pijalni Wódki i Piwa" na jednego sznapsa, aby uczcić nasze zwycięstwo.

14 pko cracovia maraton 22 20150423 1750625506

Po jednym !

Następnie czekał nas dwukilometrowy spacer do samochodu, były to "najdłuższe" dwa kilometry w moim życiu, bylismy sztywni, głodni i zmarznięci. W drodze powrotnej do Bytomia uzupełnialiśmy deficyt kalorii i dzieliliśmy się po raz kolejny wrażeniami i doświadczeniami. Czuliśmy też pewien niedosyt. Jednak teraz, patrząc na to wszystko na spokojnie, jesteśmy bardzo zadowoleni ze swoich debiutów i osiągniętych czasów ! Na tym jednak dzień się nie zakończył, wieczorem każdego z nas odwiedziła delegacja BeTeeMsów, która wręczyła nam wspaniałe puchary z okazji ukończenia debiutanckiego maratonu. Było to wielkim zaskoczeniem i wspaniałym dopełnieniem tego dnia !  Dziekuję w imieniu swoim i Bartka !

14 pko cracovia maraton 25 20150423 1502229734  14 pko cracovia maraton 26 20150423 1425994280 

DZIĘKUJEMY !!!


Dorzucę swoje trzy grosze do artykułu Kamila, który świetnie opisał atmosferę biegu.

W moich oczach dzień maratonu oraz sam bieg na dystansie 42,195km jest swego rodzaju podsumowaniem ciężkiego treningu, niekiedy w śniegu, błocie, deszczu, zimnie i nie jednej kontuzji nabytej w ostatnich miesiącach. Jest uwieńczeniem całego tego czasu poświęconego bieganiu.

Jeżeli ktoś zastanawia się czy warto to odpowiem jednym słowem: TAK! Warto, bo bycie „maratończykiem” to tylko i aż tylko zaliczenie tego cholernie długiego dystansu. Przede wszystkim jednak, dzięki dążeniu do pokonania maratonu poprawiłem kondycję, ruszyłem się z przed telewizora i komputera, spędzam aktywnie czas, a nawet dzięki bieganiu poznaję okolicę miejsca mojego zamieszkania, zwiedzam okoliczne parki, lasy.

Nie będę ukrywał, że sam bieg jest ciężki, zwłaszcza jeżeli to debiut. Bieg zaczął się już w mojej głowie tydzień przed samym startem. Jak na złość ostatni miesiąc przed biegiem nie był idealny, najpierw na półtora tygodnia uziemiła mnie mocna grypa, a po 2-3 biegach doznałem kontuzji ścięgna Achillesa. Cała masa czarnych myśli pojawiła się w mojej głowie, której nie opuszczały praktycznie do samego startu.

W momencie kiedy rozpoczął się bieg moje myśli skupiały się już tylko na jednym: „biegnij wolniej, tempo blisko 5:00”. Mam tą przypadłość, że jak usłyszę słowo „START” to gnam do przodu pełnią sił, a na dystansie 42,195km jest to bardzo zgubne. Wraz z Kamilem na pewno chcieliśmy zaliczyć debiut w czasie poniżej 4h. Plan maksimum to jak najbardziej zbliżyć się do czasu 3h30min. Początek był świetny, bo pomimo dużej ilości osób na starcie nie było przepychanek czy galopu trawnikami. Pierwsze kilometry biegliśmy wraz z Kamilem, jednak w naszym przypadku zawsze to oznacza wewnętrzny wyścig pomiędzy nami. Widziałem to po tempie, które momentami schodziło do 4:40. Kamil podjął słuszną decyzję i biegł kilka metrów za mną, tak abyśmy nawzajem się nie napędzali. Około 17km zostałem na trasie sam z uwagi na to, że Kamil musiał odwiedzić TOITOIa. Pomimo, tego cały czas mieliśmy ze sobą kontakt wzrokowy, łącznie do 34km gdzie na długim nawrocie ostatni raz widziałem Kamila.

Biegło mi się świetnie. Od samego początku zero problemów z oddechem, zero zadyszki. Od około 20km do 35km było wprost idealnie. Tempo całego biegu spadło do 4:57 co pozwalało mi złamać z dużym zapasem czasu bieg 3h30min. Niestety kolejne dwa km, tj. 36km i 37km zaczęły robić się ciężkie, tempo spadło o około 5sek. Najgorsze dopiero miało nastąpić. Na 38km pojawił się Most Kotlarski, pod który trzeba było wbiec. To było jak horror. Nagle w ciągu kilku sekund odeszła cała moc. Ledwo dałem radę. Potem zaczął się blisko 2km odcinek wzdłuż Wisły. To było najgorsze około 12min mojego biegu. Miałem okazję zaliczyć biegową ścianę już wcześniej, podczas biegu Tarnowskie Góry –Lubliniec, więc wiedziałem czego się spodziewać. Mądrzejszy o to doświadczenie nie dopuściłem do sytuacji zatrzymania się, nie przeszedłem do marszu, bo wiedziałem, że będzie bardzo ciężko ruszyć potem do przodu. Walka trwała do około 41km, gdzie atmosfera zmieniła się diametralnie. Kibice, muzyka, brawa ludzi, to wszystko zmotywowało mnie do wykrzesania ostatnich sił. Ostatnie spojrzenie na zegarek i wiedziałem, że cały zapas czasu straciłem na ostatnich 4-5km. Każdy kilometr to prawie dodatkowa minuta. Udało mi się wbiec na metę z czasem 3:34:26. Stać na mecie maratonu to z pewnością marzenie każdego biegacza. Marzenia są to po, żeby je realizować. Na pewno będą kolejne maratony, jednak debiut jest tylko jeden. Także teraz Wasza kolej!

Poniżej zamieszczamy oficjalne wyniki z biegu:

NAME (NR)  OPEN  OPEN MĘŻCZYŹNI  KAT WIEK  TIME (NETTO)
DYSTANS
Gorzkowski Bartłomiej (712) 1004/4574 - M30 - 437 03:34:26 42,195 km
Górski Kamil (145) 1297/4574 - M30 - 542 03:40:53 42,195 km

 

Zdjęcia z imprezy dostępne są w naszej galerii, a wyniki na stronie datasport.pl.


regulamin

logo-btm-krystyna-150px

girls team

P O L E C A M Y

 sm

wflwr